Live in Texas
Tekst pl
Kompletną zagadką pozostaje celowość wydania tej płyty. Poza oczywistą konkluzją, że chodzi o wydojenie z fanów kasy. Kolejne, po remiksowym Reanimation. Ale jeśli nawet pominąć podejrzenia mojego wrednego umysłu, Live In Texas prezentuje się kiepsko.
Istotą koncertów są modyfikacje kompozycji w stosunku do wersji studyjnych. Wbrew zapowiedziom o radykalnym przearanżowaniu materiału, muzycy prezentują tu w miarę wierne wersje swoich piosenek. Różni się może tylko śpiew. Momentami, w wyższych rejestrach, zdarza się Chesterowi Benningtonowi fałszować (tego akurat nie potępiam: nie poprawiali, a facet i tak radzi sobie znakomicie). To jednak nie wszystko. O atmosferze koncertu decyduje też kontakt z publicznością. Na Live In Texas, pomiędzy skrupulatnie odegranymi partiami, pojawiają się niemrawe oklaski i banalne zapowiedzi. I wanna see everybody f... bouncing up and down – w miejscu kropek autentyczne wyciszenie! Odrobinę to schizofreniczne: chłopaki, trzeba było, kurwa, nie przeklinać na scenie. Wreszcie repertuar. Z dwóch płyt długiego setu się nie złoży, ale można rozbudowywać utwory, brać na warsztat cudzesy... 41 minut materiału to jednak zdecydowane przegięcie.
Sytuację ratuje niby umieszczona w tym samym pudełku płyta DVD. Ponad godzinę materiału, niestety również rozczarowującego. Wypowiedzi o rewolucyjnej jakości zdjęć, okazały się na wyrost. Mamy do czynienia z zupełnie przeciętną rejestracją koncertu (szczyt ekstrawagancji to podskoki w zwolnionym tempie). Przeniesiono ją w dodatku na płytę w niedbałym transferze: DD 5.1 to stereo z publicznością w tylnych, format obrazu, mimo widescreenowej kaszety – nieanamorficzny. Dodatków brak.
Tekst en
Artykuł pochodzi z terazrock.pl
