Było nad ranem. Lekki wietrzyk muskał delikatne liście drzew. Gdzieniegdzie na wielkich połaciach trawy leżało jeszcze trochę śniegu. Pierwsze tej wiosny kwiaty wychylały się nieśmiało, zwracając swe kolorowe główki w stronę bladego słońca. W tej cichej, spokojnej okolicy człowiek mógł swobodnie odetchnąć świeżym powietrzem. Choć póki co nie było tutaj szczególnie pięknie, przebywając tu łatwo zapominało się o życiu w zgiełku wielkiego miasta, gdzie spaliny zalegają w płucach a uszy są brutalnie atakowane turkotem młotów pneumatycznych. Tak, w tej cichej, spokojnej okolicy człowiek mógł swobodnie porozmyślać, zachwycać się naturą, obserwować wschodzące niezapominajki, tulipany, róże, fiołki, jak również, jeśli kto był bystry, zające i łanie. W mroźnym powietrzu unosił się charakterystyczny zapach, tak jakby…
Nie, dość tego. Przecież nie miałem zamiaru pisać o takich bzdetach. Losy głównego bohatera mają bardzo niewiele wspólnego z tym bezsensownym pierwszym akapitem. Główny bohater w tej chwili właśnie słodko spał snem sprawiedliwego w swym dusznym, zagraconym pokoju.
Tak, myślę, że pokój głównego bohatera wart jest uwagi. Moja matka zwykła określać podobne pomieszczenia dość dwuznacznym stwierdzeniem: „syf, kiła i mogiła”. Fakt, syf panował nie tylko na podłodze (usianej piaskiem, kurzem, wkładami do długopisów, świstkami papieru), ale również na twarzy naszego sympatycznego głównego bohatera. Nawet najlepszy matematyk miałby problem z obliczeniem liczby krost na milimetr kwadratowy skóry obciągającej tą potężną czachę z mnóstwem czarnych, kręcących się włosów średniej długości. Co do tej kiły, to miałbym wątpliwości, bo rzeczony osobnik nie prowadził aktywnego życia płciowego (miał przecież dopiero osiemnaście lat), jednak nawet jeśli nie zaraził się nią od jakiejś dziewczyny o nieuzasadnionym mydłowstręcie, to higiena, jaką otaczał swego członka, pozostawiała wiele do życzenia. A jeśli chodzi o mogiłę… No cóż, chłopaka dopiero co siłą odciągnięto od maminego cycka, ale wypadki chodzą po ludziach…
Grunt, że nasz wspaniały główny bohater z twarzą wtuloną w poduszkę mokrą od śliny, jedną ręką schowaną gdzieś pod kołdrą a drugą zwisającą do brudnej podłogi, wcale nie podejrzewał, że ktoś będzie chciał o nim pisać powieść. Bo jego życie było puste i nudne. Ale ów chłopak miał parę ciekawych cech. Nie było ich wiele, stwierdziłem jednak, że nawet największy kretyn jest wart uwiecznienia na kartach poematu (wystarczy wspomnieć Beniowskiego). Niech będzie to dla Was, czytelnicy, przestrogą.
No, ale do rzeczy. Nasz cudowny główny bohater z głową pełną marzeń i pryszczy właśnie śnił o ponętnych brunetkach z wielkim biustem i byłby w tym stanie chętnie trwał i do śmierci, ale nieubłaganie zbliżała się dramatyczna chwila. Nasz sympatyczny główny bohater notorycznie był nękany przez niepozornego, aczkolwiek groźnego, a co gorsza, wyjątkowo upierdliwego wroga. Ów wróg był prostokątny, srebrny, na swym grzbiecie podziurkowany, a na gębie widniały mu tajemnicze symbole, które w regularnych odstępach czasu zmieniały swój niezwykły kształt. I za każdym razem, gdy na wiecznie uśmiechniętej gębie najzacieklejszego wroga naszego ukochanego bohatera ukazywały się cztery symbole o kształtach jak następuje:
6:00
rozpoczynała się wojna na śmierć i życie, podczas której nasz bohater wielokrotnie zostawał wprawiony w drgawki i opętańczy szał przez przyprawiające o zawał serca nieartykułowane pipczenie, a jego wróg dostawał raz po raz solidne uderzenie w grzbiet.
Rad nierad, nasz sympatyczny główny bohater musiał zrzucić z siebie granatową kołdrę w różowe wzorki, powolutku zsunąć się z wymiętego, poplamionego prześcieradła i podążyć w kierunku świętego przybytku.
W przybytku owym panował gryzący w nos odór wydobywający się z olbrzymiego porcelanowego półmiska. Nasz sympatyczny bohater dokonał w tym momencie czynności, na którą może spuśćmy zasłonę niewiedzy. Ostatecznie, każdy ma prawo do prywatności. Wystarczy wspomnieć, że nasz sympatyczny bohater musiał kilka razy dziennie płacić bożkowi mieszkającemu w półmisku daninę w postaci płynnej. Jak on to robił i dlaczego – mniejsza z tym.
Bożek nigdy nie pozwalał wyjść ze swego przybytku z brudnymi rękami, dlatego nasz sympatyczny bohater musiał je zdezynfekować w miarę dokładnie. Ważnym elementem owej dziwnej religii było też mycie pryszczatej twarzy – chyba w celach profilaktycznych. Jeśli bożek został pod tym względem zlekceważony, ręce naszego sympatycznego bohatera przez cały dzień wydawały nieprzyjemny, specyficzny smród. Była to widać stosowna kara za grzech.
Co nie znaczy bynajmniej, ze jeśli nasz sympatyczny bohater umył ręce i twarz, cały dzień przyjemnie pachniał. Broń Boże! I tak śmierdział. Śmierdział on i śmierdziało jego ubranie. Potem, stęchlizną, etc. Ażeby pozbyć się i tego smrodu, nasz sympatyczny bohater musiał oddać się w przybytku przedziwnemu rytuałowi z udziałem wody, mydła i miękkiego przedmiotu, który nasz sympatyczny bohater wkładał sobie w odbyt. Jednak rytuał ten był czasochłonny i naszemu sympatycznemu bohaterowi nie chciało się dokonywać go codziennie. Dlatego zamiennie korzystał z usług swojego przyjaciela. Przyjaciel naszego sympatycznego bohatera był całkowitym przeciwieństwem najzacieklejszego wroga tegoż. Przyjaciel ów był walcowaty, czarny, nie wydawał żadnych odgłosów, a dziwne symbole na jego grzbiecie nie zmieniały swego fantastycznego kształtu. Niezmiennie układały się w porządku, jak następuje:
AXE
Ale dość już mam nazywania naszego sympatycznego bohatera „naszym sympatycznym bohaterem”. To zaczyna być nużące i męczące. Oczywiście, nasz sympatyczny bohater miał jakieś tam swoje imię, ale było ono trywialne. Nie zniósłbym nazywania go ciągle Jackiem, Pawłem, Mateuszem albo, co gorsza, Michałem. Macocha naszego sympatycznego bohatera zwracała się do niego często „ty krnąbrny, niewdzięczny gnoju”. To też jest dość długie, więc skrócę to określenie do „gnojek”. Po prostu. Albo lepiej „Gnojek”. O, tak będzie dobrze.
Moja wczorajsza twórczość wymaga jeszcze paru dopieszczeń, więc na razie jej tu nie dodaję.
24 godziny z życia pewnego gnojka to tytuł roboczy, ale wydaje mi się niezły.
Będzie to powieść dygresyjna (z tego co wiem, nie istnieje coś takiego jak powieść dygresyjna, ale to lepiej dla mnie) z elementami groteski i powieści psychologicznej. Mam w głowie plan, co dalej zrobić z głównym bohaterem. Tylko trzeba to ładnie napisać.
Jak się podoba?


