Ludziska, peace.
Chyba każdy potrzebuje miłości, ale można bez niej przeżyć. Np. ja sobie daję radę. No dobra, może moje życie nie jest tak do końca pozbawione miłości. Moi rodzice mnie kochają (chyba

), a ja ich chyba też. Piszę "chyba", bo głębiej nad tym się nie zastanawiam. Natomiast na pewno brak w moim życiu miłości typu "eros" tudzież "sexus", ale to mój wybór (prawie).
Wydaje mi się, że kiedyś (tzn. w podstawówce i gimnazjum) byłem nawet trochę pociągający i podobałem się dziewczynom, w każdym razie byłem przez nie adorowany, a szczyt mojej popularności przypadł na moment, kiedy zacząłem chodzić z pewną dziewczyną (do dzisiaj nie potrafię zrozumieć tego fenomenu, że człowiek jest najbardziej popularny wśród płci przeciwnej, gdy jest już zajęty - ja sam nie mógłbym podrywać dziewczyny, gdybym wiedział, że ma już faceta. Dla mnie to nie ma sensu - skoro z nim jest, to ja się nie wpier***am, nie niszczę komuś związku, zresztą - pewnie zostałbym tylko przez taką laskę spławiony). Z perspektywy czasu oceniam ten mój związek jako porażkę na całej linii. Byłem głupim gówniarzem, który za wszelką cenę chce kogoś przelecieć, żeby dać upust swoim żądzom. To prymitywne. Z czasem przestałem widzieć w swojej dziewczynie jedynie obiekt seksualny (paradoksalnie stało się to po tym, kiedy zaczęliśmy uprawiać petting) i wydawało mi się, że ją kocham, ale teraz nie jestem już tego taki pewien. Mój kumpel mi zazdrości, że mam od dawna za sobą pierwsze kontakty seksualne, lecz ja żałuję, że w ogóle tworzyłem parę z tą dziewczyną. Nie dość, że ją zdeprawowałem (chciała być dziewicą do ślubu), to jeszcze bardzo skrzywdziłem, gdy z nią zerwałem, a zerwałem z nią w nieodpowiedni sposób - źle sobie wszystko zaplanowałem i zrobiłem to niedelikatnie. A koniec końców, i tak do siebie nie pasowaliśmy (i nie chodzi o to, że byliśmy nazywani przez postronnych "piękny i bestia"). Mimo wszystko, ma to swoje plusy, bo dziewczyna chyba świata poza mną nie widziała, ale w końcu chyba też zrozumiała, że, jak to się mówi, "nie jesteśmy dla siebie stworzeni". Ma nowego kolesia i jest z nim szczęśliwa. A ja jestem sam jak palec od lat ponad 3, lecz nie marudzę. W sumie to jest mi dobrze. Spotkałem przez ten czas parę dziewczyn, które mi się spodobały, ale ja im się nie podobałem, a w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz (nawiasem, to i tak nie były kobitki dla mnie). W końcu odpuściłem sobie moje żałosne próby flirtowania i rzuciłem to wszystko w diabły. Może poznam kiedyś odpowiednią kobietę, lecz teraz o tym nie myślę. Wspomniany kumpel mówi, że to dlatego, bo w pierwszym związku mi nie wyszło, więc teraz boję się, że sytuacja się powtórzy. Pewnie ma rację, ale ja, tak czy siak, nie zamierzam nic zmieniać w swoim życiu, jeśli chodzi o związki. Zresztą, nie mam już dobrych kontaktów z dziewczynami. Gdzieś w trakcie liceum musiałem spoważnieć i to wyraźnie (kumpel tak twierdzi), no i łażę z pokerface'em przyklejonym do twarzy a laski nie lubią takich gości. Jakieś elementy mojej aparycji muszą działać odstraszająco. Gdybym był bardziej wyluzowany i towarzyski... ale nie, ja jestem wredny i niesympatyczny. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę i wiem, że mógłbym to zmienić, lecz nie chcę.
To, co napisałem, nie ma związku z powyższą dyskusję, to są takie tam moje dzisiejsze przemyślenia

.