Nie była to najlepsza część. Muzyka to na pewno nie mocna strona tego filmu,
Oj, na pewno. Alexandre Desplat ssie, lepszy był Patrick Doyle i Nicholas Hooper.
ale można się pośmiać z dialogów, bo nie które teksty i momenty są wprost zaje.biste
Bez przesady, to nie to samo, co Filch tańczący z Panią Norris podczas Balu Bożonarodzeniowego
I to bardzo brzydki chwit marketingowy , że robią to w dóch częściach ( Czara ognia była chyba dłuższa hęęę ? )
Niestety, muszę Cię rozczarować.
Insygnia są dłuższe od
Czary chyba o jakieś 100 stron. Jedyną powieścią z serii, która rozmiarami wyprzedza
Insygnia, jest
Zakon Feniksa. Na pewno pieniądze odgrywały dużą rolę jako argument przemawiający za kręceniem dwóch filmów na podstawie jednej książki, lecz pamiętajmy, że w poprzednich filmach wprowadzono wiele wątków (równie wiele wycięto, jak to już napisał Bbartek, ale to szczegół

) i trzeba każdy z nich zakończyć, chociażby dla tych widzów, którzy nie czytali książek. Jeden film trwający nawet 3 godziny chyba by ich nie pomieścił. Zresztą, podobno jeden z producentów serii był przeciwny kręceniu dwóch filmów. Jego raczej o umiłowanie forsy nie możemy posądzić.
Nawiasem mówiąc, przy oglądaniu
Insygniów 2 i tak wydawało mi się, że widzowie nie znający książki nie rozumieją wszystkiego. Pominięto kilka istotnych szczegółów. Jak to zdarzało się też przy okazji ekranizacji chociażby
Księcia Półkrwi, również i tu fabuła straciła nieco logiki.
/niqus/ od teraz jest to temat ogólny o serii J.K.Rowling
Skoro tak, to może też się pochwalę, jak wyglądała moja przygoda z Harrym

.
Zaczęło się od pierwszego filmu, który obejrzałem w kinie w 2002 roku, miałem wtedy 10 lat. Bardzo mi się spodobał (wtedy, bo dzisiaj nie mogę go oglądać bez zażenowania

), dlatego sięgnąłem po książki (które i tak lubiłem czytać, ale wcześniej jakoś Harrym się nie interesowałem). Konsekwentnie dokupowałem kolejne pozycje i w 2004 roku miałem już wszystkie 5 (dwie ostatnie kupiłem dopiero w zeszłym roku, ale czytałem je już wcześniej, krótko po polskiej premierze). Osobiście uważam, że każda kolejna jest lepsza od poprzedniej. Jak każda książka, tak i te miały wady (najgorszy kawałek to ten pożałowania godny, ogłupiający, banalny, żenujący, słodki i zupełnie niepotrzebny epilog
19 lat później), ale podobnie jak bbartek uważam HP za najlepszą książkową serię. Chociaż zdarzały się drobne błędy i niekonsekwencje, była przemyślana i dopracowana, a bohaterowie wyraziści i interesujący.
Wszystkie filmy obejrzałem dopiero jakiś rok temu i za pierwszym razem mnie nie zachwyciły, ale za każdym kolejnym oglądaniem podobały mi się coraz bardziej. Najlepsza IMO była chyba "czwórka" (miała najlepszą muzykę, najlepszego reżysera i najlepsze efekty specjalne), "piątka" (świetny scenariusz, Michael Goldenberg rządzi, Steve Kloves ssie

) no i siódemkę też się fajnie oglądało. Natomiast pierwsze dwie części są trochę drętwe i pełne kiczowatych elementów, IMHO zdecydowanie najgorsze. Młodzi aktorzy też tu nie grali najlepiej, może oprócz Emmy Watson, ona od początku była świetna

.
Wczoraj byłem na ósemce, i podobnie jak w przypadku poprzednich filmów, również i ten nie zaskarbił sobie mojego uznania od razu. Na pewno wybiorę się jeszcze raz, ale póki co powiem tyle, że liczyłem na większe fajerwerki, coś jak
Władca Pierścieni: Powrót Króla,
Piraci z Karaibów: Na krańcu świata albo
Gwiezdne wojny: Zemsta Sithów. To zabawne, bo często krytykowałem wymienione wyżej filmy za zbyt duży patos i zadęcie, ale jednak w HP 8 zabrakło mi tego i czułem niedosyt. Do ostatniej części serii filmowych jednak pasują takie elementy. Było co prawda trochę niezłych efektów, ale chyba tylko przy sekwencji dziejącej się w Pokoju Życzeń, inne jakoś do mnie nie przemówiły. Widziałem lepsze w
Powrocie Jedi i
Titanicu 
Efekty specjalne nie były nawet wyważone, było ich po prostu zbyt mało. Podczas gdy narracja książki była bardzo dynamiczna, sceny takie jak ta w banku Gringotta były nieco statyczne (np. smok był jakiś taki nijaki, rogogon węgierski w 2D robił większe wrażenie). Sekwencja walki z Voldemortem została wydłużona, i słusznie, ale chyba i tak była zbyt krótka. A w epilogu powinni wystąpić inni aktorzy, bo Daniel Radcliffe z zarostem nie wygląda na dużo starszego od swojej ogolonej wersji. Jedynie Bonnie Wright prezentuje się starzej niż w rzeczywistości. Charakteryzatorzy zawiedli
Ale głowę dam sobie uciąć, że obejrzę film po raz drugi, trzeci, czwarty i zacznę gadać coś innego
