poniżej fragment krótszego tekstu. tylko fragment, reszta pod koniec kwietnia, bo wcześniej nie da rady, niestety.
Wspomnienie motocyklisty
Niebieskie światło rozbłyskało, prześlizgiwało się po murach budynków i odbijało od szyb. Niemy alarm ogłaszający tragiczny wypadek. Na chodniku, oświetleni przez uliczne latarnie, zebrali się mieszkańcy pobliskich domów. W grupie gapiów nie zabrakło reporterów regionalnego kanału telewizyjnego. Światło wydobywające się z koguta karetki sprawiało, że ich twarze były widmowo blade. Stłoczyli się wokół miejsca zdarzenia i półgłosem wymieniali informacje.
Cały ruch został wstrzymany a ulica zamknięta. Funkcjonariusze policji kierowali nadjeżdżające samochody w przeciwną stronę. Ambulans stał w centrum, zalewając zastygły świat błękitną poświatą. Reflektorami oświetlał zmasakrowany i powyginany motocykl, leżący kilkadziesiąt metrów dalej. Cienie wydobyte przez snopy ostrego światła nadawały mu upiorny wygląd. Nawet w okolicznych domach czaiła się groza, gdy stały, niewzruszone, z niebieskim błyskiem w oknach.
Pośrodku ulicy poruszali się trzej ratownicy medyczni ubrani w czerwone kombinezony. Jeden z nich pochylał się nad leżącym na asfalcie, nienaturalnie powyginanym mężczyzną. Spoglądał na niego z odrazą i smutkiem zarazem. Ciało motocyklisty było jedną, wielką, krwawiącą raną. Złamana miednica przebiła powłoki brzuszne wraz ze skórzaną kurtką i sterczała dumnie ku górze. Z pokiereszowanej twarzy sączyło się osocze, i tylko jasne, pełne udręki oczy, ocalały nietknięte.
- ...Widziałeś, jak to się stało?...
- ...Sam jest sobie winien, mógł nie jechać tak szybko!...
- ...Widać nie bez powodu nazywają tych szaleńców dawcami organów...
Ratownicy otworzyli drzwi karetki i wyjęli nosze na kółkach, podczas gdy policja zabezpieczała ślady pozostałe na jezdni. Michał przyłożył dłoń do szyi rannego, starając się wyczuć puls. Oczy mężczyzny drgnęły, skupiły się na Michale i na moment pojawiło się w nich coś więcej, niż potworny ból. Motocyklista rozchylił wargi i spróbował coś powiedzieć. Michał usłyszał tylko charakterystyczny świst świadczący o przebitych płucach. Pozostali ratownicy zbliżali się ze sprzętem, gotowi w każdej chwili przystąpić do reanimacji.
Nagle mężczyzna złapał Michała za nadgarstek. Wycharczał kilka trudno rozpoznawalnych dźwięków i spojrzał mu w oczy jeszcze intensywniej. Odgłosy ulicy zaczęły cichnąć i wszystko wokół spowiła nieprzenikniona czerń, by po chwili świat ukształtował się na nowo.
*
Michał siedział na motorze i pochylał się nisko nad kierownicą. Mknął główną ulicą, silnik przyjemnie warczał między nogami a chłodne powietrze targało ubranie. Noc pachniała wolnością, kolorowe światła dodawały magii uśpionemu miastu.
Przyspieszył, w ogóle tego nie planując. Prawa dłoń po prostu wykonała ruch, głucha na polecenia płynące z mózgu. Chciał na nią spojrzeć, lecz głowa ani drgnęła. Nie mógł poruszyć nawet oczami, przez cały czas był zmuszony wpatrywać się w drogę przed sobą. Strach zastąpił zdziwienie i ratownik zaczął się szamotać. Jego ciało ani drgnęło.
Tymczasem zbliżyli się do skrzyżowania, na którym nieliczne samochody zatrzymały się w oczekiwaniu na zielone światło. Ścigacz nie zwalniał i Michał zaczął wpadać w panikę. Wszystko działo się tak szybko, że nie miał czasu się zastanawiać. Całą wolę skoncentrował na zatrzymaniu się. Bez skutku. Chociaż... Motocykl odrobinę zwolnił, może to działa?
Znajdował się już bardzo blisko pojazdów. Jego wzrok spoczął na wąskim przesmyku pomiędzy nimi. Kiedy wydawało mu się, że uderzy w jedno z aut, zacisnął powieki. Uczucie, jakie go ogarnęło, było doprawdy niesamowite. Pomimo zamkniętych oczu przez cały czas spoglądał na jezdnię.
Motor zgrabnie lawirował między dwoma rzędami samochodów. W momencie, kiedy dotarł do skrzyżowania, światła na sygnalizatorze zmieniły się i śmiało ruszył przed siebie, widowiskowo podnosząc przednie koło. Adrenalina zrobiła swoje i Michał krzyknął, nie mogąc się powstrzymać. W rzeczywistości nawet nie otworzył ust. Emocjonalną udrękę zakończyła myśl tak nagła, że gdyby sam prowadził motocykl, z pewnością by z niego spadł.
„Jestem w cholernym wspomnieniu!” – chciał uderzyć się dłonią w czoło, ale, rzecz jasna, nie udało mu się tego dokonać. Rozluźnił się i spokojniej znosił kolejne niebezpieczne manewry. Gdyby mógł poruszać tym ciałem, na jego twarzy pojawiłby się szeroki uśmiech.
„Co będzie, jak się stąd nie wydostanę?” – pomyślał, lecz nie miał czasu, żeby się nad tym zastanowić. Wjechał na aleję Dwudziestego Dziewiątego Listopada. Ulica była pusta, w zasięgu wzroku nie pojawił się ani jeden samochód. Przyspieszył, chcąc w pełni wykorzystać nadarzającą się okazję.
i to tyle, więcej mi nie wolno. zresztą nie warto więcej


