Tak naprawdę, to wszystkie skróty są głupie

.
Gdzieś pod koniec sierpnia postanowiłem wesprzeć wydawców METY finansowo i szarpnąłem się na 85 PLN. W zamian dostałem zestaw: CD z trzema piosenkami i DVD z ok. dwudziestoma utworami.
Singiel
Broken, Beat And Scarred, Disc 2 of 3 to nic wielkiego. BBAS w zwykłej, longplayowej wersji, do tego fragmenty koncertu londyńskiego, bodajże z 2008 roku - nie chce mi się teraz sprawdzać. Fajnie wyszło
Stone Cold Crazy - Hettfield odpuścił sobie ostatnią linijkę refrenu a publiczność go w tym wyręczyła. I dobrze, bo zawsze mnie trafia, jak słyszę tą piosenkę w wykonaniu z
Garage, Inc.. Wcale się nie dziwię, że Mercury wykorkował krótko po nagraniu SCC przez METĘ

.
Of Wolf And Man było OK, ale wolę wersję symfoniczną.
Ciekawsze było DVD
The Videos 1989-2004. McIver określił teledyski METY jako "głębokie". Ja je nazywam "żenującymi". Fajne było
One i
The Unforgiven - to chyba jedyne klipy, w których Hettfield nie szczerzy idiotycznie do kamery swoich ząbków i nie pokazuje swojego przerośniętego męskiego ego. Pozostałe to tragedia. Od
Enter Sandman bolą oczy.
Until It Sleeps to chyba jakiś kiepski żart. Jezus jest nieprzekonujący, a makijaż muzyków żałosny. I jeszcze te języki, fuj.
Whiskey in the Jar bardziej pasowałby do jakiejś przeciętnej kapeli punk/alternative rock, której gitarzyści znają trzy akordy na krzyż a bębniarz jest wyposażony tylko w podstawowy zestaw perkusyjny. To właśnie takie kapele mogą se pogrywać na głupich pijackich imprezach, nie Metallica, nie te skubane skurczybyki tworzące jeszcze 10 lat wcześniej wstrząsające Ziemią majstersztyki. Ech, jak te pieniądze psują ludzi... Do tego naiwne
Mama Said,
Fuel czy
Turn the Page, głupiutkie
King Nothing i
Hero of the Day. W tym zestawieniu nawet takie klipy bez pomysłu, jak
Sad But True albo
Wherever I May Roam wypadały dobrze, bo już wolę popatrzeć na wrzeszczących fanów i grających muzyków niż na kiepskie fabularne scenki.
A tak nawiasem, z twórczości METY ostatnio najczęściej słucham ...AJFA.