Dla mnie moje liceum jest jak najgorsza kara za grzechy. W ciagu calego roku szkolnego praktycznie nie mam okazji zaznac prawdziwego szczescia, zawsze ciagna sie za mna jakies szkolne sprawy. No, ale wytrzymalem dwa lata, to i tych 7-8 miesiecy zniose.
Dokładnie tak samo myślałam.
Z tych wszystkich lat spędzonych w szkolnych ławkach, najgorzej wspominam liceum. Niestety trafiłam nie do tego LO, którego chciałam, klasą była banda przygłupów i ludzi myślących tylko 'o tym co by tu zrobić, byle się nie narobić', nauczyciele też mieli wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu, a na studniówce miałam ochotę wyjść po polonezie...
Mówią, że LO to najpiękniejsze lata, że przyjaźnie takie cudne, że miłość, tralalaa... widać, że jestem wyjątkiem od reguły, najwidoczniej, bo szczerze nienawidziłam tej całej szopki.
Byłam bardzo zdziwiona, kiedy na studiach spotkałam naprawdę fajnych, ciekawych ludzi ze zwariowanymi pasjami, którzy mają coś więcej do powiedzenia niż 'twój stary coś tam...' z którymi da się pogadać.
Fajny jest ten przeskok i miłe zaskoczenie.

I jak tak się przyglądam teraźniejszym licealistom, maturzystom to im szczerze współczuję - Zajęcia, które powinny ich interesować, przedmioty które zdają na maturze często są prowadzone na odwal, przez nauczycieli którzy nie mają w ogóle polotu i powołania - a potem wszyscy się dziwią, że takie słabe wyniki matur... Ale skoro psorom się nie chce, to jak uczniom ma się chcieć?!
To samo jeśli chodzi o zajęcia praktyczne - człowiek taki potem idzie przykładowo na studia, na laboratoria z chemii i nie umie odróżnić cylindra miarowego od probówki. Dlaczego? Bo pani od chemii w LO nie chciało się robić doświadczeń...