Wasze książki....

Wasze książki....

Postprzez Number łan w 11 Mar 2011 20:36

Pisaliście kiedyś książki ? Ja po długiej przerwie znów piszę, teraz mam plany ją (książkę) skończyć. Piszcie tu Wasze teksty, chętnie poczytam. Ja też mam coś. Pewnie mam trochę "bubli" w ortografi, ale nie mam teraz głowy do czegoś takiego :P .

Rozdział pierwszy
Nic. Pustka. Noc. Całe miasto już zamilkło. Każdy obywaltel już spał, tylko paladyni patrolowali miasto. Błąd. Gdy ciemność skryje słońce i tylko gwiazdy będą dawać jaki kolwiek blask, z swych nor wyjdą złodzieje. Tak było i tej nocy. W powietrzu unosiło się echo szybkich oddechów, ucieczki, szmeru miecza wyjmowanego z pochwy. Złodziej musi być szybki a paladyn silny. I tacy byli. Rabuś uciekał, rycerz gonił. Zbir ubrany był w czarny płaszcz, jego grzywa wystawała spod kaptura. Strażnik nosił srebną zbroję, w ręku trzymał wielki miecz. Biegli w ślepy zaułek .
- Mam Cię – krzyknął paladyn.
Jednak ktoś wyskoczył zza rogu, zaatakował rycerza. Wielki miecz upadł na ziemię razem z jego panem. Jego zbroja została kilka razy przebita sztyletem, a jej łuski okryły się krwią. Drugi zbir prawdopodobnie uratował życie swojemu koledze z roboty.
- Len, bierz to srebne wdzianko i miecz. – rozbrzmiał rozkaz złodzieja jeszcze przed chwilą biegącego w pocie czoła nie wiedząc czy przeżyje.
Len jednak cały czas wbijał nóż w ciało paladyna, krew pryskała, sam zabójca bardzo szybko oddychał chwilami aż stękając.
- Den, wiesz ile mi zawdzięczasz ? Trzy butle rumu, płaszcz i życie. Nie mogę Cię bracie cały czas pilnować. Zmień pracę, puki możesz, bo dla mnie już za późno.
- Co jest laseczki !? – z progu muru zeskoczył pewien mężczyzna. Ubrany w białą sutannę – szef mówił że nie mamy zabijać, co ja tu widzę, chyba zabitego strażnika.
- Trzym mordę Ken ! – krzyknął Len – ruszył byś zad i zwędził coś z katedry, a nie latasz po dachach jak dupek.
Den wstał, z jego sztyletu cały czas spływała krew.
- Co cię obchodzi co robię ? Nudzi ci się, szef cię wywali jak zobaczy że nie przynosisz zysków.
- On nigdy nie zobaczy moich zysków, jeżeli mnie w ogóle wywali to wydam was straży.
- Tym samym wydasz i siebie . – rzekł Len.
- On go nie wywali, on go zabije. – odpowiedział Den.
- Ja go uprzedzę ! – krzyknął Len, wyciągnął krótki miecz, zmierzał w kierunku Kena, jednak szybko się ztrzymał.
Ken padł na kolana, na jego szacie widoczna była ogromna plama krwi w okolicach brzucha.
Den przeklnął soczyście i orzekł ;
- Cienie, uciekaj !
Braci poczeli biec. Ciało Kena już opadło całkowicie na ziemię, przed nim stał krasnalód z toporem w ręku. Unisł ramię i wskazał palcem na dwóch biegnących zbirów. Z palca wystrzeliła czerwona błyskawica, która eksplodowała w pobliżu uciekających postaci. Krasnal podszdł do martwych ciał płonących ogniem. Nogi, głowy zostały rozdzielone od ciał na wskutek wybuchu. Ciała jednak uniosły się. Płomień gasł. Wszystkie oderwane członki przyrosły do ciał właścicieli. Postacie wyglądały teraz całkiem normalnie, ale to nie byli już ludzie. Krasnolód uderzył w martwe ciała, a te rozsypały się w postaci piachu. Wszystko zdarzyło się na tyle cicho, by nikt niczego nie usłyszał. Jednak był świadek tego zdarzenia. Jeden z paladynów Jegmir. Dobrze wiedział że Cienie to duchy umarłych, którzy nie zostali pogrzebani, i wiedział że trzeba ten podmiot usunąć z miasta. Strażnik ten oto był młody, miał okołu dwudziestu lat. Blond włosy opadały mu na oczy, które miały kolor zielony. Chłopak zaszył się przy murze w mroku, krasnal stał tyłem do niego. Jegmir nagle zaatakował wroga. Błysneła stal, światło księżyca tek lekko i zgrabnie przebiegło po ostrzu broni, tak cicho i smutno znikając przy rękojeści. Cień sparował atak toporem, młodzieniec odstąpił kilka kroków. Zaczeły się bardzo szybkie ataki krasnoluda, przy których wydawał on głośne sapanie. Jagmir ponownie wchodził w rytm walki, lecz upadł potykając się o ciało Kana. Cień uniusł rękę trzymającą topór, jednak jego ciało przebiły od tyłu dwie strzały. Ranny upadł na ziemię, lecz nie mógł umrzeć, bo już był trupem. Jego ciało znikło jak mgła. Paladyn wstał, wyszedł z opresji bez ran. Zdjął chełm, jego głowa była cała mokra. Poszedł szukać tego, komu zawdzięcza życie, lecz wcześniej jego ciał również przebiły dwie strzały. Z ciemności ujawniła się postać łucznika. Był to Ken. Ubrany w ten sam płaszcz, z tym samym szyderskim uśmieszkiem. Teraz i on był cieniem, bo rabusie nigdy nie byli grzebani. Koło Kena pojawił się z obłoczek czarnego dymu, a z niego wyszedł ten sam krasnolud.
- Czemu mnie zabiłeś ? – spytał.
- Nie zniusłbym myśli że to nie ja zbiłem Jegmira, po drugie nas nie da się zabić. – odpowiedział Ken, potem uniusł ręcę wysoko i znikł w blasku gwiazd. Uczynił to i krasnal. Ile tej nocy było śmierci, a ile tylko chwilowego upadku ? Jedno jest pewne, to była krwawa noc. Len i Den nie zostali cieńmi, bo krasnolud wykonał rytułał, jednak nie zrobił tego z Kenem, co zapłaciłby życiem. Ale to cień…
Cienie swą stolicę miały na zimnej północy w NorthEver. Tam wszystkie z tych upiorów mieszkały, polowały w nocy w miastach, wsiach poszukując silnych ludzi takich jak Ken to powiększenia armi. Kto nimi władał ? Zwą go Xaver. Jest to potężny …. złodziej. Nie jest silny, lecz swą moc zawdzięcza mrokom swej duszy, a tej ulegają nawet potężni wojownicy. Czemu ulegali cienie ? Tylko mieczom z kuźni WoldBard. Jest ona w stolicy WestEver, w Kanngoli. Tam mistrzowie kowadła tworzą tajemnicze ostrza, którym poddają się upiory.

I jak ?
Image
Awatar użytkownika
Number łan
 
Posty: 868
Dołączenie: 01 Lut 2011 23:07

Wasze książki....

Postprzez Saika w 13 Mar 2011 20:41

Czytałeś Tolkiena, na stówę.
Było trochę błędów, ale to się poprawi.
Dalej-zaskoczyłeś mnie wykorzystaniem krasnoluda, bo brodacze raczej nie magikują.
Końcówka daje nadzieję na nadającą się do czytania przygodówkę spod znaku Magii i Miecza.
Popracuj nad stylem.
Saika
 

Re: Wasze książki....

Postprzez Number łan w 10 Kwi 2011 14:44

OK, podsumowując, tamten fragment pisałem, tak, bo "chciało mi się", nie miałem nawet dobrego planu, pisałem to co przyszło na myśl, oto pierwszy fragment mojego poważnego projektu;
Historia Bohatera
Chyba każdy słyszał w Dermoni o kupcu zwanym Vado. Kto o nim nie słyszał ? Zasłynął on już wiele razy z oszustw w handlu. Wagi, oryginalności przedmiotów były wiele razy zmienione na takie, które pasowały sprzedawcy. No i jeszcze ceny. Monety mu na szaty nie wystarczały, on chciał łusek, a często zakupiona suknia nie była warta połowy ceny. Jednak Vado był jedynym kupcem z takimi produktami na południu, więc kupować i tak trzeba było. Mimo że bardzo drogi, towar był zadowalający, bo w przypadku innych kupców sprzedawali oni istną szmirę. Tak oto żył Vado, dostojnie, a wcale się nie przemęczał. Jego aspiracją w życiu były pieniądze. Przez lata handlu wzbogacił się na tyle, by móc nie pracować do końca życia, jednak w przeciętnych warunkach, ale on chciał więcej… Rodziny nigdy nie założył, albo założył, ale z licznych wypraw po południu zapomniał, co było bardzo możliwe w jego przypadku. Biedaczek nie sądził, że kiedyś nadejdą czasy, że i on będzie walczył o każdą kromkę chleba. A te czasy zbliżały się wielkimi krokami. Wojna podzieliła kontynent na zachód, wschód, północ i południe. Mieszkańcy zostawali powołani do wojska, by walczyć za ojczyznę. Chłopi ginęli, robotnicy ginęli, pracodawcy też ginęli. Kasa też ginęła, bo mężczyzn nie było do roboty. Mimo to Vado i tak podróżował na swym rumaku sprzedając babskie akcesoria, suknie, chociaż sprzedawały się coraz gorzej, bo brakło im na chleb. To i to starał się kupiec zainwestować, ale gdy cudem zdobył jakiś chleb do sprzedaży, to i tak go nikt nie kupił, bo chleb nie suknie, każdy kupiec je sprzedaje i to taniej. Tylko „księżniczki” było stać teraz na oferty Vado, który powoli staczał się na psy. Gdy już tak powoli zaczął dotykać dna, dostał nakaz pójścia do wojska. Tam przynajmniej był chleb za darmo. Jednak czterdziestoletniego brodacza żaden nie chciał do jednostki, zwłaszcza po teście sprawnościowym, który wypadł kiepsko, bo dupa Vado była przyzwyczajona tylko do siedzenia w siodle. Jednak został przekierowany do pracy w kopalni. I tak się stało. Słuch zanikł o bogatym Vado. Słuch zanikł o kupcu Vado. Słuch zanikł o Vado. Teraz był robotnikiem walącym w złoża kryształu, by dostać na koniec dnia kawałek chleba i usiąść z dupą na kamieniu. W nocy mógł próbować zasnąć, lecz kamienie często dawały o sobie znać nie tylko pośladkom. Ciężkie czasy nadeszły, król południa, król Vigura pragnął krwi i zwycięstwa. Naród chciał pracy i chleba. Mimo że jednak Vado sięgnął dna, był w lepszej sytuacji od wielu osób, które głodowały. Było coraz gorzej, mimo obiecujących zapowiedzi posłańców, mimo wróżb czarodziejów było coraz gorzej. Zresztą tylko oni cieszyli się mięsidłami i winem, korzystając z zaklęć wyczarowywali żywność, jednak mało kto się dzielił, gdyż i moc ich była ograniczona. Jednak najgorsza była dola kapłanów; ludzie zaczęli wątpić czy bogowie zesłaliby na nich taki kataklizm, gdyby istnieli. Praktycznie nikt nie modlił się już do bogów. Kapłani mogli tylko chwycić za swe miecze i zmuszać mieszkańców do modlitwy, co zresztą było sprzeczne z ich wiarą. W wojsku ich nie chciano, bo obawiano się u nich modlitw, nie walki. Był źle, ale dobrze że chociaż można było się powiesić, co czyniło kilku duchowych. Jednak pewnie ciekawią Was dalsze losy Vado. Więc około pół roku pracował jak robotnik, lecz pod koniec tego semestru wybuchł bunt, ponieważ brakowało chleba dla pracowników. Vado również walczył swym kilofem i sztyletem otrzymanym od przyjaciela z roboty. Bunt został stłumiony przez strażników, wszystkich czekała sroga kara, lecz nie była to chłosta tylko zwyczajne związanie rąk i nóg, co mimo wszystko utrudniało pracę. Dodając do tego jeszcze mniejsze porcje chleba, który został dostarczony, wychodzi nam naprawdę sroga kara. Jednak bunt utkwił w pamięci szefowi kopalni. Zapamiętał on ugodzenia sztyletem Vado, co jak co, ale walczył nawet dobrze. Szef nie zastanawiał się długo, już po tygodniu Vado otrzymał nową robotę, wraz z nią skórzany pancerz, drewnianą tarczę i stary, kruchy miecz. Pełnił teraz z kolegami funkcję wartowników kopalni. Robota na pewno przyjemniejsza, ale bardziej niebezpieczna. Prócz siedzenia na warcie, trzeba było zapuszczać się w las, zabijając wrogą zwierzynę. Czasem można było natrafić na orka lub krasnala, wtedy trzeba było brać nogi za pas. Miecz rozpadał się od samego ryku orka, a tarcza od potarcia jego broni. Z pancerzem, o ile można było go tak nazwać nie było lepiej. Jednak Vado patrolował cichy, lecz czasem niebezpieczny obszar lasu. Najgroźniejszą bestią jaką spotkał był mały goblin, który padł od uderzenia mieczem w twarz. Vado odbił się od dna, jednak nadal chciał wrócić do dawnych czasów, ale czy to było możliwe ? Sam w to wątpił, i jedyna możliwość wzbogacenia się o monety, łuski czy błony była kradzież, którą jednak posługiwał się tylko w handlu podważając ceny.
***
Przyszłość Vado zapowiadała się bardzo nudno. Patrolowanie, bieganie, machanie mieczem, to wszystko jednak strasznie go męczyło. Jego wygląd nie zmienił się bardzo, nadal był wysokim, długowłosym brunetem z brodą, jednak jego wnętrze było inne… Kontynent podzielił się na cztery części, tak samo jego ludność; ludzie z południa, północy, wschodu i zachodu. Jednak istniała jeszcze jedna organizacja, którą odkrył Vado. Był to dzień wiosny, a on uciekał przed wściekłym jaszczurem. Biegł przez las, był pewny że umrze, że padnie, lecz schował się pod konarami drzew, pod górką. Prowadził w dół wąski korytarz, Vado czołgał się szybko. Okazało się że odkrył miejsce organizacji wolnych ludzi. Nie stali oni po żadnej stronie, mieli obozy w całym kontynencie. Żyli z polowań. Vado szybko został do nich przyjęty. Nauczył się tam kraść, polować, modlić się za wolność do boga, który istniał, do tego prawdziwego, chociaż go nie znali… Vado znów zaczął handlować; skórami, mięsem czy skradzionymi ozdobami. Nie czynił tego w miastach, lecz w wybranych miejscach. Układało mu się dobrze, chociaż nie było mowy o bogactwie z przed kryzysu. O jego „sklepiku” robiło się coraz głośniej, w końcu sprawą zajęła się straż miejska….
Rozdział pierwszy
Vado siedział na swoim krzesełku, mając przed sobą stolik z materiałami do sprzedaży. Podziwiał piękne widoki słońca, tak żałośnie próbującego przebić się przez korony drzew lasu. Nasłuchiwał pięknego śpiewu ptaków, jednak szybko stłumiły go odgłosy mężczyzn i tupot ich opancerzonych stóp. Kupiec zerwał się z krzesła. Zakrył się za drzewem i spojrzał na mężczyzn. Byli to strażnicy, oby dwaj wysocy. Nosili srebrne, płytowe zbroje, a w pochwie mieli dwuręczne miecze. Vado przestał się kryć, spojrzał dumnie na swój czysty pancerz z kolczugą, potem skierował wzrok na straż.
- Witam mości panów, czego szukamy ? Wino, piwo, wódka, u mnie wszystko tanie, ale chyba od takich oprychów wymaga się napiwku, co nie ? – powiedział spokojnie kupiec, drapiąc się po brodzie.
- Jak poczujesz moją pięść na ryju i nogę w dupie to nie będzie ci tak wesoło cwaniaczku. – orzekł szybko jeden ze strażników – masz pozwolenie na handel ?
- Kochaniutki, po co masz się tak gorączkować…
- Masz czy nie ! – tym razem ton strażnika nie był pytający.
Vado pokazał spory fragment pergaminu. Strażnik szybo wydarł go z ręki i przeczytał.
- Nieaktualne. - to będzie mała rózga na dupę.
- Ale czekaj Mark, jego ryj kogoś mi przypomina.- ostrzegł drugi rycerz, wyjął ogłoszenie i pokazał je swojemu koledze.
- O kurna, ale sobie narobiłeś burdelu.- chwycił się za głowę Mark – to ty zbiegłeś z kopalni. To będzie wielka rózga na dupie i robota na wykopaliskach, zostajesz zatrzymany przez straż miejską.
- Ależ straż miejska ma robotę w mieście, nie w lesie..- zaczął wymówki kupiec.
- Morda w kubeł, dawaj łapy.- rozkazał Mark.
- Dajcie mi chociaż wyciągnąć broń.
- Słyszałeś, ten oszust chce walczyć. Moja żona powiada, że marzenia się spełniają, niech i tym razem tak będzie.- powiedział drwiąco, śmiejąc się drugi za strażników, poczym wyjął miecz.
Był on długi, dwuręczny z pozłacaną rękojeścią. Stal była czysta, można się domyśleć że rzadko brudziła się krwią. Vado też wyjął swą broń. Miecz wyjęty z pochwy był krótki, jednoręczny, bardzo szybki i lekki. Pozycja ! Taktyka ! Teraz ! Miecze zaczęły się stykać ze sobą nie bez huku. Atak ! Parada ! Kontra ! Garda ! Nie raz szły iskry od styku stali. Vado był szybki, unikał ciosów, liczył na swoje kontry. Mark parł na kupca, skupiał się na ataku, czasem musiał sparować szybki atak. Drugi strażnik stał, poklaskując od czasu do czasu, jednak widać było że jest przerażony. Kwestią czasu było, aż Mark osłabnie. Stało się, Vado uderzył do mieczem w ramię. Prysła krew, rycerz padł na kolana krzycząc ;
- Dan ! Rusz się, obij mu mordę !
Dan już przed rozkazem biegł z mieczem w ręku na kupca. Ten szybko pobiegł w stronę urwiska, spadł, było pewne że zrobił to umyślnie.
- Widzisz Mark, nasrał w gacie na mój widok.- pochwalił się Dan, chowając miecz do pochwy – co ta kurna głupia sobie myśli, że straż będzie obijać.
- Trzeba zbadać jego rzeczy, które sprzedawał. Większość pewnie kradzionych. Ramię boli jak cholera. O cholera !- krzyknął Mark wskazując palcem na urwisko.
Stał tam czarny gryf. Złoty dziób, pazury i oczy, ogromne, czarne skrzydła. Potężna pierś, ogon już nie pokryty piórami, lecz opancerzoną skórą, obity kolcami. Z ust Dana wyszła głośna bluzga, ale nie poprawiła ona sytuacji. Gryf ruszył natychmiast w stronę strażników. Zaczęła się walka. Miejsce boju zakryła chmura kurzu. Po minucie walka została zakończona; wojacy leżeli pogryzieni, jeden bez ręki. Nie żyli. Gryf wyprostował się, wypiął pierś i rozłożył skrzydła. Wokół panowała cisza, kilka ptaków siedziało na gałęziach drzew, jednak na jeden najmniejszy chociaż ruch odlatywały, nie zakłócając ciszy. Gryf pochylił się, na około jego silnego ciała powstała mgła czarnego pyłu. Trwało to dwie sekundy, może dłużej. Jednak gdy pył znikł wraz z wiatrem, gryfa już nie była, był tam Vado. Sztuka przemiany, tego również uczyli Wolni Ludzie, poprzez modlitwę, poprzez trening, poprzez wolność. Oni jak i zwierzęta pragnęli wolności, jednak nie mogąc tworzyć jednego zespołu, gdyż jedni żywili się drugimi, zaczęli studiować budowę ich dusz, tak oto po treningach niektórzy Wolni Ludzie umieli posługiwać się sztuką przemiany. Jednym z nich był Vado. Kupiec obejrzał się do tyłu. W lesie panowała cisza i pustka. Chłop zagwizdał trzy razy, raz po razie. Z wschodu przybył do niego po chwili koń, ciągnący stary acz wielki wóz. Vado uśmiechnął się, gdy koń się do niego zbliżył, podniósł rękę, a koń zbliżył do niej głowę. Kupiec ją pogładził, zawsze robił to za swoimi końmi. Koń ten był… brzydki, ale Vado to nie przeszkadzało. Szara grzywa opadała mu na oczy, ogon miał bardzo długi, nie uczesany. Oczy miał radosne, wielkie, pełne szczęścia i szczerości. Był to samiec, nie miał imienia, ale zwano go zwykle Lori. Vado pochylił się nad ciałami rycerzy. Obrabował je z pancerza, broni i monet. Te włożył sobie do sakwy, resztę wrzucił do wozu. Podobnie uczynił z materiałami do sprzedaży, stolikiem i krzesłem. Mimo wszystko w wozie panował „jakiś” porządek. Gdy kupiec sam usiadł na brzegu wozu, rozkazał koniowi ruszyć. Nigdy nie używał do tego batów. Do kryjówki jego klanu było około godziny drogi. Tam zamierzał oddać wóz z różnymi przedmiotami wystawionymi do sprzedaży. Potem musiał wsiąść na konia i oddać go do gospody, z której go wypożyczył. Tak też uczynił, a w gospodzie zatrzymał się na odpoczynek.
***
Gdy Vado usiadł spokojnie na ławce czekając na barmana było już grubo po południu. Słońce jak urok, przebijało się przez małe okna gospody, powodując liczne stękanie i zamówienia napojów. Gospoda zwała się „Pod Wilczym Kłem”, i była bardzo popularna w na szlaku między lasem a miastem, pewnie dlatego że była tam jedyna, i w miarę tania jak na dzisiejsze czasy. Mimo że świat zwariował, nie mogło zabraknąć knajpy, barmana i kilku starych alkoholików. Gospoda była małym pomieszczeniem z zaledwie trzema małymi oknami. Na ścianach rozwieszone były skóry wilków i obrazy polowań. Mimo że Vado szukał bardzo dokładnie, nie znalazł łba dzikiego psa powieszonego na ścianie. W knajpie znajdowało się obecnie siedmiu mężczyzn, siedzących przy tym samym stole, pewnie dlatego przy pozostałych dwóch nie było krzeseł. Przy ścianie stała jedna kobieta, grająca jakieś smętne nuty na starej, rozstrojonej gitarze. Była zapewne zatrudniona. Młoda, blondynka, piękna ale grać nie potrafiła. Takie oto nadeszły czasy. Jeden z pijaków rzucił w nią ogryzkiem od jabłka. Ona przestała grać przez chwilę, jednak szybko wznowiła szarpanie strun. Przy stoliku słychać było chichot. Vado wstał, podszedł do stolika i spytał grzecznie;
- Kto rzucił tym ogryzkiem ?
Znów wszyscy zaśmiali się, niektórzy parsknęli. Jeden z nich, łysy i młody rzekł;
- Co jest rycerzyku, będziesz nas tu pouczał, siadaj lepiej z dupą gdzie masz i się nie wtrącaj.
Tym razem tylko on zachichotał.
- Gnoju, zanim coś takiego powiesz lepiej ugryź się w ozorek, bo jak nie to jak ci go utnę. Mam powtórzyć pytanie ?
Ten sam mężczyzna wstał i orzekł;
- Jeżeli to ja, to co mi zrobisz ? Będę maił ci wylizać buty, na które stać cię od miesiąca ?
Teraz zaśmiał się każdy, nawet Vado, kobieta przy ścianie przestała grać.
- Gówniarzu, czy ja mam cię uczyć manier ?
- Bardzo proszę.
Miarka się przebrała. Jeden z siedzących przy stole rzekł;
- Marmoladka wypłynęła z pączka.
Jednak nikt się nie śmiał. Rozrabiaka próbował ataku pięścią, jednak kupiec zrobił zwód i bardzo szybko chwycił gnojka za szyję. Barmana nadal nie było, nie było też interwencji. Vado szedł z nim w stronę kobiety i… ogryzka. Pochylił się razem z młodzikiem. Kobieta westchnęła namiętnie. Buntownik miał przed oczami ogryzek jabłka. Nic nie mówił.
- Teraz to zjesz kolego, smacznego. – Vado przycisnął twarz gnoja do podłogi, ten ledwo łapiąc dech zjadł ogryzek. Poszli szybko w stronę jego talerza.
- Teraz na moich oczach się zrzygaj ! – padł rozkaz kupca.
Barmana nadal nie było.
- …. albo nie. Nadeszły czasy szacunku dla chleba pokarmu i pieniędzy, więc się najedz i więcej nie popełniaj takich błędów.
Teraz przy stoliku smakoszy piwa zrobiło się cicho, słychać było tylko mlask. Kobieta znów poczęła grać, teraz jednak jaj gra znacznie bardziej przypadła do gustu Vado. Barman zjawił się, wychodząc spod klapy z podłogi. Był niski, jego piersi ledwo wystawały zza lady. Miał długie czarne włosy, ciągnące się aż poniżej lady. Kupiec zastanawiał się czy nie sięgają podłogi. Jednak widać było że jest szczupły i umięśniony.
- Co tu się działo ?- spytał swym męskim, donośnym głosem.
- Nic !- odpowiedzieli wszyscy przy stoliku razem, łącznie z kobietą.
- Te, nie zrobili ci nic ?- spytał barman Vado.
Ten parsknął bardzo niekulturalnie, więc szybko uciszył go odpowiedzią;
- Nie, nie…. O ja poproszę ryż z mięsem.
- Załatwione, pięć minut i gotowe.- barman odszedł do kuchni, znajdującej się, jak widać, pod podłogą.
Nie mówiło to najlepiej o jedzeniu i sprzedawcy, ale w dzisiejszych czasach ludzie się o takie drobnostki nie martwili. W gospodzie zrobiło się przerażająco cicho, kobieta przestała grać, to na niej skupiał się teraz Vado. Nie chciał w to uwierzyć, ale być może się zakochał. Pięć minut upłynęło Vado jeszcze szybciej, niż upłynęło by zwykłemu pijakowi. Nagle na ladzie pojawił się talerz z przysmakiem. Kupiec oparł się o ladę i zaczął jeść. Danie było smaczne, mężczyzna powoli delektował się nim. Nagle drzwi knajpy otworzyły się, weszły trzy osoby. Vado błyskawicznie odwrócił się przodem do barmana, położył talerz na ladzie, zaczął jeść. Trzech chłopów stanęło obok kupca, ten się lekko odsunął. Przeszył go strach, znał pancerze tych mężczyzn, znał miecze, znał tarcze. Znał ich. Byli to jego towarzysze z kopalni. Pavlo był jego przyjacielem. Miał czarne, krótkie włosy i wąs. Reszta wartowników to jego koledzy „z widzenia”. Byli łysi i grubi. Vado chciał opuścić knajpę, ale wiedział że wzbudziłby podejrzenia. Stał i zajadał. Pavlo zbliżył się do niego, spytał;
- Dobre to żarcie ?
- Mhhmm.- zamruczał potwierdzająco kupiec.
- To cała nasza trójka prosimy ten makaron z mięsem.- orzekł do barmana Pavlo, a reszta potwierdziła.
- To jest ryż.- upomniał barman.
- Dupa z tym, jestem potwornie głodny !- krzyknął jeden z grubasów.
To ok. połowa pierwszego rozdziału, nie wiedziałem ile tekstu mam wkleić, więc czytajcie ile możecie i krytykujcie. Ostrzegam jak jest do bani, to chcę prawdy w oczy !!!!
Image
Awatar użytkownika
Number łan
 
Posty: 868
Dołączenie: 01 Lut 2011 23:07

Re: Wasze książki....

Postprzez Saika w 10 Kwi 2011 15:09

1) Wykreowałeś fajną postać. Vado ma potenmcjał. Ale!
2) Źle zrobiłeś, robiąc z Niego kupca (mógl zostać za to wartownikiem i agentem)
3) Koncepcja Organizacji-jak ją rozwiniesz?
4) Zabijesz ludzi wstępem

Tyle ode mnie. Do pracy!
Saika
 

Wasze książki....

Postprzez Frycas w 10 Kwi 2011 15:27

Ja książek nie czytam więc nie bierz mojej wypowiedzi na serio . W tych sprawach jestem słaby.
Nawet mi się podoba ,ale jak dla mnie za dużo ostrych słów. Reszta może być. Czekam na dalszą część..

EDIT.
Number, nawet nie zacząłem
Ostatnio edytowany przez Frycas, 10 Kwi 2011 15:50, edytowano w sumie 1 raz
ImageImageImage
Awatar użytkownika
Frycas
 
Posty: 6078
Dołączenie: 24 Paź 2010 17:31
Miejscowość: Bindhyabasini

Re: Wasze książki....

Postprzez Number łan w 10 Kwi 2011 15:35

Dzięki Frycas :D . Teraz Ty dawaj obraz :lol: .
@Saika
Zrobię z niego wartownika, złodzieja z dawnej gildii, co Ty na to ? Wstęp jest do bani, muszę go czymś zastąpić, ale czym ? Pomóś, pliś . Co do Wolnych Ludzi, to może będą oni ścigać Vado, za to że musiał ich zdradzić, wydać. Wiem że wymagam sporu rad, ale uczeń potrzebuje swego mistrza :lol: .
Jak ktoś chce następny fragment (wiem, męczę Was mymi wypocinami ) to pisać !
Image
Awatar użytkownika
Number łan
 
Posty: 868
Dołączenie: 01 Lut 2011 23:07

Wasze książki....

Postprzez Saika w 10 Kwi 2011 16:12

wejdź na weryfikatorium.pl, tam są kompetentniejsi Cenzorzy.
Język Wstępu jest okropny, za to w dalszej części piszesz bardzo sprawnie.
Nazwij jakoś chwytliwie Organizację.
Jak na heroic fantasy (gatunek sam w sobie sztampowy i mało ambitny)-będzie bardziej, niż ok.
Saika
 

Re: Wasze książki....

Postprzez Number łan w 15 Maj 2011 14:48

Oto dokończenie ostatniego tekstu, tego z grubasami :D ;

Cała grupka pijaków właśnie wyszła z gospody, mrucząc coś pod nosem.
Barman odszedł pod podłogę, kobieta znów zaczęła grać, ale Vado to nie rozluźniało, chciał zniknąć, bał się że zaraz ktoś go rozpozna. Przeszedł go dreszcz, wiedział że Pavlo się mu przygląda. W końcu klepnął go po plecach, rzekł;
- Chodź, usiądź ze mną przy stole, tylko my sami, czekaj weź swoje jedzenie. Wygodnie ci, to dobrze, musimy o czymś pogadać.
Usiedli naprzeciw siebie. Vado wyprostował się, nie miał ochoty jeść.
- Ty skurczybyku, nie bój się, nie wydam cię, ale to ty jesteś Vado? Jasne że ty, pamiętasz jak tłukliśmy strażników w kopalni po ryju?- spytał szeptem Pavlo.
- Tak, to ja.- odpowiedział kupiec, głos mu drżał.
- E ! Głowa do góry, nie jesteś na przesłuchaniu.
- Uwierz mi kolego, tyle zła jest na świecie, takie czasy nadeszły że syn matkę dla chleba by wydał.
- Vado, spokojnie jestem twoim przyjacielem…
- Pavlo, taka racja że teraz każdy jest u kogoś na przeszpiegach, nawet ja dostarczam informacje z zewnątrz.- nagle głos kupca zmężniał.
- Szpiegujesz przeciw nam, przeciw ludziom z południa !?- spytał głośniej, ale nadal szeptem wartownik – gadaj !
- Przed chwilą mówiłeś że to nie przesłuchanie, ale odpowiem; nie jestem przeciw nikomu. Ciiiiicho !
Barman podszedł do stołu i podał Pavlo porcję jego dania. Jednak ten na razie nie próbował.
- To co robisz, że żyjesz, że stać cię na żarcie. Podglądasz wieśniaków jak odcinają ogony świniom ?
Zapadła cisza, tak krępująca że Vado przerwał ją stukając widelcem o talerz, nakładając sobie ryż na sztuciec.
- Dowiesz się w swoim czasie, gwarantuję.
- Kiedy gdy będę stał w kolejce na szubienicę…- mówił Pavlo, ale Vado mu przerwał.
- Wszyscy tam stoimy, w obliczu wojny.
Pavlo kontynuował;
-… kiedy urośnie mi broda i będę mógł tylko sobie w nią pluć!
- Myślisz o dołączeniu do… do nas ?- spytał Vado.
- Tak, ja nie chcę już biegać po lasach za kromkę chleba, zrób coś.
W czasie mowy ostatniego wyrazu Vado wtrącił;
- Wrócę przyjacielu po ciebie do kopalni, jednak nie oczekuj mnie teraz, muszę się przygotować.
- Dobrze, będę czekał. Zmywam się, mamy na posiłek tylko kwadrans, a i trzeba na to nas stać, nie szefa.- rzekł Pavlo i zaczął szybko jeść, Vado stracił apetyt, odniósł talerz, zostawił kilka monet, zerknął na ścianę przy drzwiach, niestety, kobiety już tam nie było.

A oto coś z 2 rozdziału , ale wiedzcie że to u góry to nie koniec pierwszego. Nasz hero poszedł do specjalisty, bo nie ogarnia tych wszystkich kompleksów ( miłość, przyjaźń) ;

Vado wszedł do pomieszczenia, do którego chciał zajrzeć. Było tam chłodno, a upalna pogoda nie dawała się we znaki. Przez okna przebijały się promienie słońca, oświetlając dokładnie cały pokój. Naprzeciw Vado umieszczony był ogromny stół, z dwoma krzesłami, umieszczonymi tak, by postacie patrzyły sobie oko w oko. Na starych ścianach wisiało wiele obrazów, przedstawiających pejzaże. Nie były to arcydzieła, wręcz odwrotnie, i wszystkie były malowane tym samym pędzlem. Były one autorstwa właściciela budynku i interesu, ogra Wolera. Nagle jakaś postać przeszła przez ścianę zza stołu. Vado lekko drgnął, przygotowany by odebrać atak, ale nie było to konieczne. Przez ścianę przeszedł właśnie Woler. Był wysoki i gruby. Ubrany był w koszulę i zieloną kamizelkę, z trudem zapiętą na ostatni guzik. No zielonym nosie opierały się okulary. Z dolnej części dziąseł wystawał ogromny kieł, sięgający aż pod oko ogra. Włosy miał siwe, starannie uczesane. Oczy żółte, nabiegłe krwią. Woler usiadł na krześle, zapraszając klienta gestem rąk. Vado usiadł na krześle, wpatrując się w zieloną twarz ogra. Poczuł zapach męskich perfum. Robiły dobre wrażenie.
- O co chodzi ?- spytał Woler.
Vado zaśmiał się pod nosem;
- Tu nikt ludzi nie poznaje ? Conor, ty, co mnie jeszcze czeka ?
Kim jesteś ?- Woler nie doczekał się odpowiedzi.
Ogr wychylił się, spojrzał przez okrągłe okulary na twarz.
- Cholera, to ty. To ty Vado ?
- A jakże inaczej.- uśmiechnął się kupiec.
Ogr podał rękę na przywitanie, uścisnęli sobie dłonie.
- Myślałem że dawno umarłeś na wojnie…
-.. w wojsku ? Pracowałem w kopalni.
- W kopalni ? Chyba już tam nie pracujesz, co ?
- Wtedy bym tu nie siedział.
- To co ty porabiasz ?- ogr zdjął okulary.
- Należę do tajnej organizacji, zajmujemy się złodziejstwem, ale nie stoimy po żadnej stronie królestwa. Jesteś ciekaw o czym mówię?- dopytał Vado.
- Wolni ludzie ?
Vado kiwnął głową, niedowierzał że Woler ma o nich pojęcie.
- To frajerzy. Nie stoją po żadnej ze stron, tak ? Jak potem któraś strona wygra, i będzie im źle, bo to chleb, bo to wojsko, to będą żałować że nie walczyli dla przeciwnej strony !- zdenerwował się Woler.
- Ale…
-… tych Wolnych Ludzi jest cała kupa w kontynencie i poza nim, taka liczba zbrojnych może przesądzić o losie wojny, ale oni, i ty też, siedzicie z dupami w norach.- ogr przetarł oczy- jesteście leniami, lękacie się śmierci.
- Nie przyszedłem tu się z tobą kłócić, ale gdybyś był inny, aktywny, mężny to nie siedziałbyś w sklepie.- orzekł Vado.
- Ja przynajmniej uczciwie zarabiam na życie !- Woler wstał z miejsca.
- Usiądź, musimy pogadać o czymś innym.
Woler ponownie przetarł oczy, włożył okulary.
- Nie myl mnie z twoim przyjacielem. Teraz, w pracy jestem Wolerem, pracuję, po pracy jestem twoim przyjacielem.
- Czyli wydasz mnie, i to w godzinach pracy ?- spytał lekko oburzony Vado.
- Nie, ale nadeszły takie czasy, że każdy dusi grosz, więc ile zamierzasz tu siedzieć ?
- Aż rozwiążemy mój problem.- odpowiedział od razu Vado.
- Niech będzie pięć monet.
- Ale jesteśmy przyjaciółmi…
-… mówiłem ci jakie czasy nadeszły, w robocie nie jestem przyjacielem !
Vado westchnął;
- Zmieniłeś się drogi przyjacielu, nie przepraszam, drogi robotniku.
- To nie ja, to czasy się zmieniły… O czym mamy gadać ?
- Wiesz, to taka sprawa, z którą przyszedłem do przyjaciela, nie do robola.
Ogr westchnął znudzony;
- Oj dobra, będę się starał.- jego długi kieł tak niebezpiecznie kręcił się koło prawego oka, że Vado spodziewał się że w końcu trafi w cel.
- Bo widzisz, jak już wiesz dołączyłem do Wolnych Ludzi- po wymówieniu nazwy organizacji Woler drgnął – rzuciłem robotę w kopalni. Jednak pewnego dnia w knajpie spotkałem dawnego kolegę, haruje tam do dziś. Rozpoznał mnie…
-.. robi się ciekawie….
-… ale postanowił że mnie nie wyda…- znów przerwał Vado Woler.
-… i napięcie siada.
- Postawił mi warunek, mam go uratować… Ale jak ?
Ogr zdjął okulary, złożył ręce jak do modlitwy, westchnął i rzekł;
- Jesteś pewny że musisz go ratować ?
Vado parsknął;
- Tak, za dużo mu obiecałem, to za daleko zaszło, by się nie spełniło.
- Więc zrób napad z kumplami na kopalnie.
- Tak ! Tylko że kumple mi nie pomogą, nie mają zaufania, lękają się, że odwrócę się przeciw nim przy kopalni, są czujni, cenią wolność, jaką mają, chociaż moją jej mało.
- Mówiłem że to frajerzy…
Vado udał że tego nie słyszał, miał już dosyć sprzeczek.
- Musisz znaleźć sprzymierzeńców, silnych, wiernych, wtedy zrób napad, uwolnij go i tyle…
- Tyle to sam wiem, każesz mi płacić z takie coś ?!- Vado się wkurzył.
- To jasne jak słońce, czego chcesz więcej ?
- Kto mi pomoże ? Kto ? Menele ?
- Ja nie odpowiadam za twoje czyny, kogo skrzywdziłeś, ten ci nie pomoże ! Idź do tawerny, tam masz najemników !
- Najemników ? Metalowych meneli kurna !- Vado był wzburzony.
- Czego chcesz kapłanów, którzy cię pobłogosławią przed walką ?!- ryknął ogr, kłótnie było słychać poza budynkiem.
Vado ustąpił, wstał, wyjrzał przez okno. Oparł się o ścianę zmęczony rozmową, wiedział że będzie ona jeszcze trwać.
- Jeżeli nie chcesz meneli, poszukaj magów, oni nie chleją.- rzekł spokojne Woler.
- Dobrzy magowie siedzą w wojsku, reszta to służba w mieście.
- A podróżni ?
- Zwykle to też menele.
Ogr westchnął, włożył okulary.
- Menele i menele…
- Te Woler, może powinienem go wykupić ?
- Straż cię rozpozna. Nie ma szans.
- A jeżeli ty to zrobisz ?
- Nie zrobię tego, a i tak ten kolega się nie zgodzi, na wykupienie ode mnie.
- Ale straż się zgodzi.
Ogr podszedł do klienta, spojrzał mu w oczy;
- Jedyny sposób to mordobicie, straż jest łapczywa, wyceni go za wysoko, nie będziesz w wstanie zapłacić.
Vado spojrzał w sufit, o dziwo tam też znajdowały się obrazy, umieszczone w jakiś magiczny sposób.
- Muszę się spieszyć.- powiedział prawie szeptem kupiec.
- Czemu to ?
- Muszę znaleźć jeszcze jedną kobietę, mam do niej interes…
- Jaki ?- spytał zaciekawiony Woler.
- Miłosny.- Vado oczekiwał aż ogr się zaśmieje, jednak nie doczekał się.
- No, no, to dobrze…- ogr nie wiedział co odpowiedzieć.
- Przyszedłem do miasto z elfką, muszę się nią opiekować, chyba że sobie poradzi sama… Jeszcze miłość, przyjaciel…
Nagle drzwi budynku otworzyły się. Silny podmuch zimnego wiatru obszedł pokój. To była Julia, cała zapłakana, podeszła do Vado i rzekła.
- Potwory, są w mieście, nie jest bezpiecznie.- elfka szlochała głośno- a oni je zabijają.
- Jakie potwory, zrobiły ci coś ?- Vado był bardzo przejęty.
- Mi nie, ale strażnicy je zabijają, a bestie strażników.
Vado czuł, że nie dowie się dużo od elfki.
- Wejdź na strych, tam bestie nie wejdą, bo to miejsce chronione czarami.- ogr wskazał drabinę, opartą o dziurę w suficie, Vado wcześniej jej nie spostrzegł, były to zapewne czary.
Image
Awatar użytkownika
Number łan
 
Posty: 868
Dołączenie: 01 Lut 2011 23:07

Wasze książki....

Postprzez Saika w 16 Maj 2011 17:33

Drugi fragment mi bardziej podpasował. Tylko... O głównym bohaterze wie zbyt wielu ludzi... To zbyt łatwe... Ale poza tym nieźle... Ta elfka...
Saika
 


Powróć do Literacko



Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości