Rozdział pierwszy
Nic. Pustka. Noc. Całe miasto już zamilkło. Każdy obywaltel już spał, tylko paladyni patrolowali miasto. Błąd. Gdy ciemność skryje słońce i tylko gwiazdy będą dawać jaki kolwiek blask, z swych nor wyjdą złodzieje. Tak było i tej nocy. W powietrzu unosiło się echo szybkich oddechów, ucieczki, szmeru miecza wyjmowanego z pochwy. Złodziej musi być szybki a paladyn silny. I tacy byli. Rabuś uciekał, rycerz gonił. Zbir ubrany był w czarny płaszcz, jego grzywa wystawała spod kaptura. Strażnik nosił srebną zbroję, w ręku trzymał wielki miecz. Biegli w ślepy zaułek .
- Mam Cię – krzyknął paladyn.
Jednak ktoś wyskoczył zza rogu, zaatakował rycerza. Wielki miecz upadł na ziemię razem z jego panem. Jego zbroja została kilka razy przebita sztyletem, a jej łuski okryły się krwią. Drugi zbir prawdopodobnie uratował życie swojemu koledze z roboty.
- Len, bierz to srebne wdzianko i miecz. – rozbrzmiał rozkaz złodzieja jeszcze przed chwilą biegącego w pocie czoła nie wiedząc czy przeżyje.
Len jednak cały czas wbijał nóż w ciało paladyna, krew pryskała, sam zabójca bardzo szybko oddychał chwilami aż stękając.
- Den, wiesz ile mi zawdzięczasz ? Trzy butle rumu, płaszcz i życie. Nie mogę Cię bracie cały czas pilnować. Zmień pracę, puki możesz, bo dla mnie już za późno.
- Co jest laseczki !? – z progu muru zeskoczył pewien mężczyzna. Ubrany w białą sutannę – szef mówił że nie mamy zabijać, co ja tu widzę, chyba zabitego strażnika.
- Trzym mordę Ken ! – krzyknął Len – ruszył byś zad i zwędził coś z katedry, a nie latasz po dachach jak dupek.
Den wstał, z jego sztyletu cały czas spływała krew.
- Co cię obchodzi co robię ? Nudzi ci się, szef cię wywali jak zobaczy że nie przynosisz zysków.
- On nigdy nie zobaczy moich zysków, jeżeli mnie w ogóle wywali to wydam was straży.
- Tym samym wydasz i siebie . – rzekł Len.
- On go nie wywali, on go zabije. – odpowiedział Den.
- Ja go uprzedzę ! – krzyknął Len, wyciągnął krótki miecz, zmierzał w kierunku Kena, jednak szybko się ztrzymał.
Ken padł na kolana, na jego szacie widoczna była ogromna plama krwi w okolicach brzucha.
Den przeklnął soczyście i orzekł ;
- Cienie, uciekaj !
Braci poczeli biec. Ciało Kena już opadło całkowicie na ziemię, przed nim stał krasnalód z toporem w ręku. Unisł ramię i wskazał palcem na dwóch biegnących zbirów. Z palca wystrzeliła czerwona błyskawica, która eksplodowała w pobliżu uciekających postaci. Krasnal podszdł do martwych ciał płonących ogniem. Nogi, głowy zostały rozdzielone od ciał na wskutek wybuchu. Ciała jednak uniosły się. Płomień gasł. Wszystkie oderwane członki przyrosły do ciał właścicieli. Postacie wyglądały teraz całkiem normalnie, ale to nie byli już ludzie. Krasnolód uderzył w martwe ciała, a te rozsypały się w postaci piachu. Wszystko zdarzyło się na tyle cicho, by nikt niczego nie usłyszał. Jednak był świadek tego zdarzenia. Jeden z paladynów Jegmir. Dobrze wiedział że Cienie to duchy umarłych, którzy nie zostali pogrzebani, i wiedział że trzeba ten podmiot usunąć z miasta. Strażnik ten oto był młody, miał okołu dwudziestu lat. Blond włosy opadały mu na oczy, które miały kolor zielony. Chłopak zaszył się przy murze w mroku, krasnal stał tyłem do niego. Jegmir nagle zaatakował wroga. Błysneła stal, światło księżyca tek lekko i zgrabnie przebiegło po ostrzu broni, tak cicho i smutno znikając przy rękojeści. Cień sparował atak toporem, młodzieniec odstąpił kilka kroków. Zaczeły się bardzo szybkie ataki krasnoluda, przy których wydawał on głośne sapanie. Jagmir ponownie wchodził w rytm walki, lecz upadł potykając się o ciało Kana. Cień uniusł rękę trzymającą topór, jednak jego ciało przebiły od tyłu dwie strzały. Ranny upadł na ziemię, lecz nie mógł umrzeć, bo już był trupem. Jego ciało znikło jak mgła. Paladyn wstał, wyszedł z opresji bez ran. Zdjął chełm, jego głowa była cała mokra. Poszedł szukać tego, komu zawdzięcza życie, lecz wcześniej jego ciał również przebiły dwie strzały. Z ciemności ujawniła się postać łucznika. Był to Ken. Ubrany w ten sam płaszcz, z tym samym szyderskim uśmieszkiem. Teraz i on był cieniem, bo rabusie nigdy nie byli grzebani. Koło Kena pojawił się z obłoczek czarnego dymu, a z niego wyszedł ten sam krasnolud.
- Czemu mnie zabiłeś ? – spytał.
- Nie zniusłbym myśli że to nie ja zbiłem Jegmira, po drugie nas nie da się zabić. – odpowiedział Ken, potem uniusł ręcę wysoko i znikł w blasku gwiazd. Uczynił to i krasnal. Ile tej nocy było śmierci, a ile tylko chwilowego upadku ? Jedno jest pewne, to była krwawa noc. Len i Den nie zostali cieńmi, bo krasnolud wykonał rytułał, jednak nie zrobił tego z Kenem, co zapłaciłby życiem. Ale to cień…
Cienie swą stolicę miały na zimnej północy w NorthEver. Tam wszystkie z tych upiorów mieszkały, polowały w nocy w miastach, wsiach poszukując silnych ludzi takich jak Ken to powiększenia armi. Kto nimi władał ? Zwą go Xaver. Jest to potężny …. złodziej. Nie jest silny, lecz swą moc zawdzięcza mrokom swej duszy, a tej ulegają nawet potężni wojownicy. Czemu ulegali cienie ? Tylko mieczom z kuźni WoldBard. Jest ona w stolicy WestEver, w Kanngoli. Tam mistrzowie kowadła tworzą tajemnicze ostrza, którym poddają się upiory.
I jak ?





